Bez balonu i nadziei? Co Polska pokaże na Euro?

Polska pod wodzą Paulo Sousy odniosła tylko jedno zwycięstwo, a i przeciwnik – Andora – do wymagających nie należał. Przed startem Euro 2020 w reprezentacji jest wiele niewiadomych, dlatego ciężko jednoznacznie ocenić siłę i aspiracje Biało-Czerwonych w mistrzostwach Europy. Pewne jest jedno. Problemy rodzą się w każdej formacji, ale czy można mówić, że na turniej jedziemy bez jakichkolwiek nadziei?

Do 2016 roku występy reprezentacji Polski na dużych imprezach dało się zdefiniować epitetami dla grupowych spotkań. Utarło się mówić kolejno o meczu otwarcia, o wszystko i honor. Wszystko zmieniło się pięć lat temu podczas Euro 2016, gdy Biało-Czerwoni dotarli do ćwierćfinału, odpadając dopiero po rzutach karnych z późniejszym triumfatorem Portugalią. Nadzieje na bardzo dobre występy Polaków w mistrzowskich turniejach rozgorzały na dobre. W 2018 roku brutalnie zostaliśmy sprowadzeni na ziemię, nie wychodząc z grupy podczas mundialu w Rosji. Do kolejnego wielkiego turnieju – Euro 2020 – kibice podchodzą z rezerwą, bez większych nadziei na powtórzenie wyniku sprzed pięciu lat.

Euro 2020 z nowym selekcjonerem

Po raz pierwszy balon oczekiwań  nie urósł nawet do niewielkich rozmiarów. Awans na turniej był niemalże obowiązkiem, dlatego został zdobyty bez większego wysiłku i stylu. Jeszcze gorzej wyglądała nasza gra w Lidze Narodów, gdzie nasze braki bezwzględnie obnażyły reprezentacje, o których ciężko mówić, by były czołowymi na Starym Kontynencie, a jedynie odradzającymi się europejskimi potęgami. Włosi i Holendrzy pokazali jednak Polakom miejsce w szeregu.

Szeregu, którego skład w głównej mierze zdeterminował los. Wystarczy, bowiem prześledzić ostatnich rywali Biało-Czerwonych w mistrzowskich turniejach i kwalifikacjach do wielkich imprez. Ciężko się dopatrzyć wśród nich wielkich marek – Austria, Dania, a jak się już pojawiają – Portugalia, Niemcy – to remis traktujemy jako ogromny sukces. Ostatnie wielkie zwycięstwo odnieśliśmy w 2014 roku, pokonując Niemców 2:0. Po drodze zdarzały nam się jednak poważne wpadki jak dotkliwe porażki z Kolumbią i Senegalem podczas mundialu w Rosji, eliminacyjne klęski z Danią (0:4) czy Słowenią (0:2) czy lekcje futbolu jak ta otrzymana w zeszłym roku w Lidze Narodów od Włochów (0:2).

Widząc brak jakiejkolwiek nadziei na podjęcie rękawicy w rywalizacji z tuzami Starego Kontynentu podczas Euro 2020 prezes PZPN Zbigniew Boniek podjął odważną decyzję i na początku roku dokonał roszady na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski. Pragmatycznie nijakiego Jerzego Brzęczka zastąpił uprzejmy i elokwentny, szczególnie w podczas konferencji prasowych, Paulo Sousa.

Portugalczyk w przeszłości zdobył Ligę Mistrzów i prowadziła kilka utytułowanych klubów jak Fiorentina czy Bordeaux. Miał tchnąć w drużynę nutę nowej energii, zmienić styl na zdecydowanie bardziej efektowny i dać nadzieję, że w rywalizacji z najlepszymi nie będziemy chłopcami do bicia, a na takie się zanosi, bowiem w fazie grupowej zmierzymy się z Hiszpanią, a później możemy prawdopodobnie trafić, o ile nie wyjdziemy z pierwszego miejsca, na Chorwację czy też Belgię. Pomimo początkowego entuzjazmu po grze reprezentacji pod wodzą Sousy nie widać poprawy, a wyniki, w przeciwieństwie do Brzęczka, również nie bronią Portugalczyka. W 2021 roku Biało-Czerwoni wygrali tylko jeden mecz z Andorą, a problemy mnożą się niemal w każdej formacji.

Szczęsny, ale na jak długo?

Jedną z pierwszą decyzji nowego selekcjonera reprezentacji był wybór bramkarza numer jeden. Do tej pory kolejni trenerzy rotowali i uzależniali tę decyzję od dyspozycji lub zdrowia Wojciecha Szczęsnego i Łukasza Fabiańskiego. Sousa jednoznacznie postawił na pierwszego z nich. Golkiper Juventusu w takiej roli jechał na wszystkie wielkie turnieje począwszy od Euro 2012, ale mistrzostwa szybko weryfikowały tę decyzję.

Podczas Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie po nieco ponad godzinie meczu otwarcia z Grecją (1:1) otrzymał czerwoną kartkę, więcej już nie zagrał, a niespodziewanym bohaterem okazał się Przemysław Tytoń. Cztery lata później Szczęsny ponownie przywdział bluzę bramkarską z numerem jeden i na takiej samej cyfrze zatrzymała się liczba występów 31-latka w Euro 2016. Z powodu kontuzji wypadł po meczu z Irlandią Północną (1:0), jego miejsce zajął Łukasz Fabiański, który z marszu stał się jednym z mężów opatrzności kadry. Podczas mundialu w Rosji golkiper Juventusu pojawił się w dwóch meczach, ale stracił w nich pięć goli i w spotkaniu o honor z Japonią zagrał Fabiański. Ponownie zagrał na nosie Szczęsnemu zachowując czyste konto.

31-latka w turniejach rangi mistrzowskiej nie opuszcza pech. Choć pojechał już na trzy turnieje, to jego licznik występów wynosi cztery. Zachował tylko jedno czyste konto i stracił pięć goli. Mimo że Szczęsny jedzie ponownie na Euro jako bramkarz numer jeden, to w trakcie turnieju wiele się może zmienić. Trzeba mieć nadzieję, że Fabiański jest znowu gotowy, by z dnia na dzień wskoczyć między słupki reprezentacji i dyrygować polską defensywą.

Kamil Glik znowu będzie pełnił rolę lidera polskiej obrony?

Obrona do poprawy

A jest czym dyrygować, bowiem nie dość, że Sousa nie ustabilizował obrony, to jeszcze w niej namieszał, wprowadzając nową formację składającą się z trójki środkowych defensorów i dwóch wahadłowych. Choć to taktyka nowoczesna, pozwalająca niwelować zarówno zagrożenia ze środka jak i bocznych sektorów, to do jej poznania i nabrania odpowiednich nawyków potrzeba czasu.

Tego Portugalczyk w chwili objęcia kadry nie otrzymał zbyt dużo, dlatego stara się dostosowywać do obecnej sytuacji, choćby modyfikując ustawienie w fazie obronnej delegując lewego wahadłowego do roli lewego obrońcy, natomiast półprawego środkowego obrońcę jako prawego defensora. Na treningach, mimo że wygląda to komicznie, reprezentanci Polski wielokrotnie ćwiczą przesuwanie biegając w różnych kierunkach trzymając się za ręce. Ma to celu utrzymanie wspólnej linii w obronie i naukę asekuracji.

Na razie eksperymenty nie zdają egzaminu. W poczynaniach obrońców nie ma zgrania, często popełniają indywidualne błędy, które od środka rozbijają całą strukturę gry trójką defensorów. Tylko w 2021 roku straciliśmy osiem goli, czyli o jednego więcej niż w całym poprzednim roku, w którym rozegraliśmy o trzy spotkania więcej i nie rywalizowaliśmy z takimi słabeuszami jak Andora. Jak wyglądała sytuacja przed innymi dużymi turniejami?

Przede wszystkim rozegraliśmy jeden mecz mniej, a postawa defensywy przed dwoma ostatnimi dużymi turniejami determinowała późniejsze występy. Przed Euro 2016 straciliśmy tylko dwa gole, w przegranym 1:2 spotkaniu z Holandią, a w mistrzostwach dotarliśmy do ćwierćfinału. Przed mundialem w Rosji dwa lata później było zdecydowanie gorzej, a mianowicie pięć wpuszczonych bramek w meczach z Nigerią (0:1), Koreą Południową (3:2) i Chile (2:2) i zakończenie mistrzostw świata na fazie grupowej.

Problemem pozostaje fakt, że Sousa nie dał możliwości zgrania się zawodnikom w nowej formacji. Na każdy mecz w tym roku delegował różne bloki defensywne, pomijając m.in. dotychczasowego lidera Kamila Glika, a jego brak najdobitniej było widać podczas mundialowego blamażu. Można mieć wątpliwości czy obrońca Benevento Calcio, z którym spadł z Serie A, wciąż prezentuje tak wysoką formę, co trzy lata temu, lecz nadal pozostaje wyróżniającą się postacią na tle innych defensorów. Nie ustrzega się jednak błędów, co obrazuje stracony trzeci stracony gol z Węgrami (3:3). Wciąż można to zrzucić na garb braku zgrania.

Nie napawa to optymizmem na Euro 2020, bowiem podczas dośrodkowań z gry lub po stałych fragmentach w polskich szeregach panuje niebywały chaos i nawet najsłabsze drużyny, mając odpowiednich wykonawców, są w stanie to wykorzystać, a zerkając w składy naszych grupowych rywali bez trudu można znaleźć takich piłkarzy.

Ile goli stracimy podczas Euro 2020?

Jak daleko dojdzie Polska w Euro 2020?

Bez skrzydłem z mocnym środkiem

W tym aspekcie polscy pomocnicy również nie odstają, ale problemy rodzą się w innych sektorach. O ile środek pola jest silny, ustabilizowany i trener Sousa z dużym kredytem zaufania stawia w pierwszej kolejności na Grzegorza Krychowiaka, a później na duet Mateusz Klich – Jakub Moder, o tyle w bocznych sektorach panuje klęska nieurodzaju. Przez lata utarło się, że polska skrzydłami stoi, lecz ten frazes można obecnie włożyć między bajki. Wystarczy prześledzić dorobek naszych bocznych pomocników w klubach. Kamil Jóźwiak – 45 meczów w Derby County (Championship), 1 gol, 5 asyst, Przemysław Płacheta – 28 meczów w Norwich City (Championship) 1 gol, 3 asysty, Przemysław Frankowski – 25 meczów w tym roku i poprzednim sezonie w Chicago Fire (MLS) 3 gole, 1 asysta.

Te statystyki nie powalają, a i sama gra zawodników – mocno chaotyczna nie napawa optymizmem, tym bardziej, że Sousa niechętnie stawia na najbardziej wyróżniającego się w kadrze – Jóźwiaka, który tylko spotkanie z Andorą rozpoczął w pierwszym składzie. Stąd tak dużo głosów sprzeciwu pojawiło się wobec braku powołania Kamila Grosickiego do kadry.

Dlaczego zatem nie został powołany? Przede wszystkim zawodnik sam się wykluczył z gry, bowiem ostatnie miesiące spełnił na trybunach West Bromwich Albion, a ponadto Sousa ma inny plan na kreację ataków. W większym stopniu udział w nich mają brać wahadłowi, którymi równie dobrze mogą być boczni obrońcy: po lewej stronie – Maciej Rybus bądź Tymoteusz Puchacz, natomiast po prawej – Bartosz Bereszyński lub Tomasz Kędziora.

Oprócz tego za kreację w większym stopniu powinny być odpowiedzialny środek pola na czele z Piotrem Zielińskim, który przyjechał na kadrę po najlepszym sezonie, pod względem strzelonych goli i zaliczonych asyst, w karierze. Na pomocniku SSC Napoli będzie ciążyć w największym stopniu odpowiedzialność za to, by kierować podania do najlepszego piłkarza świata minionego sezonu – Roberta Lewandowskiego. Mówiąc najprościej i łopatologicznie Zieliński musi wskoczyć w buty Thomasa Müllera, który najczęściej kreował okazje bramkowe napastnikowi Bayernu Monachium.

Atak, czyli Lewandowski

Postawa Lewandowskiego jest największym pozytywem i nadzieją na duży polski sukces na Euro 2020. 32-latek jest stale głodny sukcesów. W poprzednim sezonie pobił strzelecki rekord Gerda Müllera z sezonu 1971/72, zdobywając 41 bramek w Bundeslidze. Niedawno w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca Stulecia został wybrany najlepszym polskim piłkarzem wszechczasów. Ma za sobą kolejny udany rok, ale w kadrze na dużych turniejach nie szło mu zwykle zbyt dobrze.

W mistrzowskich imprezach zdobył zaledwie dwie bramki. Zazwyczaj był ściśle pilnowany i nie mógł liczyć na tak dogodne sytuacje bramkowe jak choćby w klubie. Często cofał się głęboko na własną połowę czy w boczne sektory, by przytrzymać piłkę, bądź zbudować jakąkolwiek akcję. To samo widać było w meczach za kadencji Sousy. Problem polega na tym, że wtedy gdy Lewandowskiego w polu karnym brakowało, miejsca szukali sobie tam inni napastnicy  Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek. Obu na Euro 2020 nie będzie z powodów zdrowotnych.

Czy wobec tego Lewandowski będzie osamotniony? Na pierwszy rzut oka na to wygląda. Jakub Świerczok zaprezentował się bardzo dobrze w spotkaniu towarzyskim z Rosją (1:1) strzelając gola i trafiając w poprzeczkę, ale z Islandią (2:2) grał już znacznie słabiej. Podobnie można powiedzieć o Karolu Świderskim, z tym że lepiej wystąpił w drugim meczu kontrolnym.

Niemniej jednak Świerczok czy Świderski to nadal nie jest poziom Lewandowskiego, a nawet Milika czy Piątka. Niewykluczone, że wobec takich braków z zadań defensywnych zostanie zwolniony Zieliński, dzięki czemu będzie mógł pełnić podobną rolę w kadrze, co w klubie. Zalążek tego, że ten duet Zieliński – Lewandowski może się uzupełniać mieliśmy w spotkaniu z Islandią, lecz do wypracowania pełnych automatyzmów wciąż daleko. Nadal musimy głównie liczyć na zrywy lepszej gry. Tak przecież osiągnęliśmy sukces na Euro 2016, ale dokonało się to we współpracy z solidną defensywą. Czy tak się stanie?

Ile goli strzelimy podczas Euro 2020?

Kacper Kozłowski po Euro 2020 może odejść z Pogoni Szczecin

Co po Euro 2020?

Po zakończonym sukcesem Euro 2016 Polacy masowo zaczęli zmieniać kluby. Teraz to również może się stać, a drogę przecierają im zawodnicy, którzy na mistrzostwa Europy biletu nie otrzymali. Paweł Wszołek wylądował w Unionie Berlin, Bartłomiej Drągowski jest bliski rozstania z Fiorentiną, Adam Buksa może powrócić do Europy, a konkretnie AS Monaco, a Karol Fila pozostaje od dłuższego czasu obserwowany przez Strasbourg i Spezię. Pierwszych ruchów dokonali również reprezentanci. Tymoteusz Puchacz, podobnie jak Wszołek, przeniósł się do Unionu, a Kamil Piątkowski trafi do Red Bulla Salzburg. Nie będzie to koniec ruchów.

Już teraz wiele europejskich klubów ostrzy sobie zęby na 17-letniego Kacpra Kozłowskiego z Pogoni Szczecin. Młody Portowiec otrzymał duży kredyt zaufania od Sousy i dotychczasowo go spełnia. W żadnym z trzech meczów, w których pojawił się z orzełkiem na piersi nie dość, że nie zawiódł, to jeszcze był jednym z motorów napędowych naszej drużyny. W spotkaniu z Islandią zaliczył nawet asystę. Jego odejście z ekstraklasy jest niemal przesądzone, lecz jeśli zaliczy podobny występ na Euro 2020, co Bartosz Kapustka pięć lat wcześniej, działacze Portowców już mogą liczyć pieniądze, jakie wpłyną na ich konto po transferze Kozłowskiego. Zagraniczne media bacznie przyglądają się również poczynaniom Modera i Jóźwiaka, ale ich przenosiny są mniej prawdopodobne ze względu na ostatnie zmiany klubów.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.