Urugwaj, czyli jak walczyć o zwycięstwo

Miłość do futbolu, przywiązanie do barw swojego klubu i reprezentacji jest silniejsza niż życie. Urugwajczycy potwierdzają to od pokoleń, a ich styl gry pełen poświęcenia, determinacji, walki do ostatniego tchu jest niepodrabialny, unikatowy i mimo ewoluującej od dziesięcioleci piłki niezmienny.

To jedno z najmniejszych państw Ameryki Południowej, mniejsze od Gujany i tylko nieznaczne większe od Surinamu. Pod względem liczby ludności – jej liczba sięga do ok. 3,5 mln – znacznie ustępuje innym krajom, choćby Argentynie czy Brazylii, między którymi jest wciśnięte. Jednak wolą walki, sercem do rywalizacji i determinacją przewyższają nie tylko tę część Ziemi, ale i cały świat. Urusi posiadają w swoim DNA gen poświęcenia dla futbolu, zwany lokalnie Garra Charrua.

Strzał w serce

W najprostszy sposób można przetłumaczyć to jako „szpon Charrua”, czyli dumnego plemienia zamieszkującego Urugwaj przed kolonizacją Ameryki Południowej przez konkwistadorów. Najlepiej jednak ten gen oddają historie prawdziwych urugwajskich, boiskowych wojowników, dla których miłość do futbol, przywiązanie do barw swojego klubu i reprezentacji były silniejsze nawet od życia.

Abdon Porte miał zaledwie 18 lat, gdy po raz pierwszy założył koszulkę Nacionalu. Chwilę później pełnił już rolę kapitan klubu z Montevideo, który doprowadził do czterech krajowych mistrzostw. Był nieustępliwym, twardym defensywnym pomocnikiem. Starał się jednak grać elegancko i w myśl zasad fair play, dlatego zwano go przyjacielem wszystkich. W 1917 roku sięgnął nawet z reprezentacją Urugwaju po Copa America. Kilka miesięcy później odniósł poważną kontuzję kolana w rywalizacji z lokalnym rywalem Penarolem i choć kuśtykając w ataku, gdzie został przeniesiony, bowiem nie można było wtedy jeszcze dokonywać zmian, zdołał dokończyć zwycięski mecz, to nigdy nie odzyskał pełni sprawności. Miał niespełna 25 lat, gdy po raz ostatni przywdział koszulkę Nacionalu. W spotkaniu przeciwko Charley spisał się poprawnie i przede wszystkim zwyciężył. Po meczu jeszcze raz samotnie wyszedł na opuszczony i ciemny stadion Parque Central. Stanął na środku boiska, odbezpieczył rewolwer i strzelił sobie w serce. W kapeluszu zostawił dwie pożegnalne kartki: jedną dla rodziny, drugą dla Nacionalu.

Nacionalu,

Choć w proch obrócony

I w prochu zakochany,

Przenigdy nie zapomnę,

Jak bardzo cię kochałem

Żegnaj!

Przed laty pojęcie Garra Charrua, czyli prawdziwego oddania dla drużyny próbował zdefiniować Diego Forlan. – Pojawia się to wtedy, gdy brakuje ci oddechu, ale chcesz dać z siebie jeszcze więcej. Czasami, w ostatniej minucie meczu z wielkim rywalem, gdy nie spodziewasz się wygranej zjawia się Garra, o której wszyscy w Urugwaju rozmawiają – wyjaśnił pokrętnie legendarny napastnik, lecz w jego mniemaniu trafnie, bowiem ciężko jest określić metafizyczne doznania jak miłość czy przyjaźń komuś, kto nigdy tego nie doświadczył.

Futbol jak tango

W Urugwaju to coś normalnego, bowiem z tym genem dzieci się rodzą i dorastają. Z racji tego, że muszą żyć w cieniu wielkich sąsiadów jak Brazylia, licząca przeszło 200 mln mieszkańców, czy 40-milionowa Argentyna nie zatracili swojej dumy. Nie przywykli do podporządkowywania się, dlatego mimo mniejszych sił, ale nie boją się patrzeć w górę. Walka do ostatniej kropli krwi, poświęcenie, przezwyciężanie własnych słabości – tego uczeni są od najmłodszych lat, rywalizując między sobą na brukowych uliczkach, betonowych drogach czy piaszczystych boiskach. Cel bez względu na miejsce pozostaje jeden. Zwycięstwo! W końcu tak jak pisał Eduardo Galeano w książce pt. „Piłka w słońcu i cieniu”: „Jak tango, tak futbol świecą w blasku slumsów.”

Mimo wielu przeciwności, takim uporem i nieustępliwością Urusi charakteryzowali się na polu bitwy w walce o niepodległość, wywalczonej w 1825 roku. Później polem bitwy stały się dla nich stadiony, gdzie wszyscy byli równi. Urugwaj stał się pierwszym państwem w Ameryce Południowej, gdzie w piłkę pozwolono grać czarnoskórym zawodnikom. – To futbol spoił kraj. Byliśmy młodym narodem żyjącym między Brazylią a Argentyną. Piłka nożna okazała się pierwszą rzeczą w naszej historii, co do której czyliśmy, że należy do nas… Futbol przekształcił społeczeństwo urugwajskie – opowiedział Pou, człowiek zajmujący się historią Nacionalu Jamesowi Montague, autorowi książki „1312. Incognito wśród najbardziej fanatycznych kibiców na świecie”.

Waleczna tożsamość szybko przyniosła sukcesy, bowiem w 1924 i 1928 roku Urugwajczycy sięgali po olimpijskie złota, a w 1930 i 1950 roku zostali mistrzami świata. W finałach obu mundiali rozprawiali się ze swoimi dwoma wielkimi sąsiadami, najpierw z Argentyną (4:2), a później z Brazylią (2:1). Pierwszy z triumfów miał wyjątkowy smak. Zrealizowano go przed własną publicznością na pierwszym w historii turnieju, drugi natomiast był jeszcze bardziej spektakularny. Dopięto go na Maracanie na oczach 200 tys. kibiców, którzy przyszli świętować mistrzostwo Canarinhos, co się nie wydarzyło.

Los 23 Orientales

W tamtym okresie Urugwajczycy byli na piedestale światowego futbolu. Wszystkie reprezentacje pragnęły grać jak oni. Piłka przez dziesięciolecia ewoluowała, widziała inne wielki drużyny, ale jedno pozostało niezmienne – styl, w jakim Urusi dalej grali. W przeciwieństwie do Brazylijczyków czy Argentyńczyków Urugwajczycy nie bali się wyjeżdżać do Europy, gdzie w wielu zespołach byli czołowymi postaciami, niejednokrotnie lepszymi od innych sąsiadów z Ameryki Południowej. Choć reprezentacja nie dostąpiła ponownie zaszczytu stania na piedestale futbolu, to kibice nigdy nie odwrócili się od swojej drużyny narodowej. Oklaskują ją nie tylko, gdy strzelają gole czy zwyciężają mecze, ale również po twardym wejściu wślizgiem, ofiarnej obronie uderzenia czy walce do samego nawet mimo porażki.

– Mamy w sobie ducha walki. W meczach mundialu nigdy nie mieliśmy więcej posiadania piłki niż rywale, ale stwarzaliśmy od niech więcej sytuacji bramkowych. To że nigdy się nie poddajemy charakteryzuje nie tylko naszą drużynę, ale wszystkich Urugwajczyków – mówił po mundialu w 2010 roku Alvaro Gonzalez.

To właśnie podczas tych mistrzostw świata Urugwajczycy byli najbliżej medalu, ostatecznie zajmując czwarte miejsce. Sceny z tego turnieju, jaki i wielu innych zostały uwiecznione w Museo del Futbol, mieszczącym się na dwóch piętrach Estadio Centario. To pierwsze takie wielkie muzeum poświęcone wyłącznie piłce, co w latach 80. XX wieku doceniła FIFA. Są tam eksponaty, które były świadkami sukcesów Urusów na początku XX wieku jak podarta biało-błękitna flaga pamiętająca wydarzenia z igrzysk olimpijskich w 1924 roku, buty strzelca zwycięskiego gola finału IO z 1928 roku – Roberta Figueroi, ale również współczesne dzieła. Jednym z nich jest obraz Santiago Vecino „Los 23 Orientales”, który na płótnie o wysokości metra i szerokie na dwa w stylu Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinciego przedstawił historię urugwajskiego futbolu. Głównymi postaciami byli piłkarze występujący w reprezentacji szykującej się do mundialu w Rosji w 2018 roku.

Obraz pokazuje prawdziwą dumę Urusów, kształtowaną przez setki lat. Postaci jak Abdon Porte, który stał się symbolem upragnionego i oklaskiwanego przez kibiców poświęcenia, czy współcześni bohaterowie jak Luis Suarez, Diego Godin czy Diego Forlan ucieleśniają prawdziwy gen Garra Charrua. Można go zdefiniować jako walkę za wszelką cenę o zwycięstwo. Nie bez przyczyny cała trójka występowała w Atletico Madryt, drużynie prezentującej najtwardszy i nieustępliwy futbol na Starym Kontynencie. A ikoniczne gesty jak obrona ręką piłki Suarez zmierzającej do pustej bramki przez Suareza w ćwierćfinale MŚ 2010 z Ghaną dowodzą o niezachwianej wierze w zwycięstwo, we własną siłę, mimo niesprzyjających okoliczności i makiawelistyczne podejście do walki o swoje. Osiąga się je za wszelką cenę, wszelkimi możliwymi sposobami, przecież w bezpośrednim starciu z możnymi rywalami Urusi nie mieliby szans. Jednak rywale nie mają tego, co Urugwajczycy wysysają z mlekiem matki.
Garra Charrua.

Zostaw komentarz

kod-sport-betfan