Piłkarska podróż w krzywym zwierciadle wtop (cz. 13)

Serie bez porażek, a może wręcz przeciwnie długie passy bez zwycięstwa i strzelonych goli to chleb powszedni piłkarskich rozgrywek na różnych szczeblach. Z przekąsem będziemy dla was przytaczać te niecodzienne statystyki, bowiem nie mogą trwać wiecznie, a to sprawia, że można uszczknąć coś dla siebie. Zapraszamy na piłkarską podróż w krzywym zwierciadle.

Bayern Monachium – VfL Wolfsburg (17.12, 20:30)

W jednym z przedświątecznych odcinków serialu „Przyjaciele” Ross Geller stara się opowiedzieć swojemu synowi o Chanuce. Nie zdołał się jednak przebrać za świętego Mikołaja, dlatego przywdział kostium świątecznego pancernika, choć Chandler Bing określił to jako postać „dziwnego człekożółwia”. Pod koniec odcinka pojawia się jeszcze Joey Tribbiani w stroju Supermana. Biorąc pod uwagę moc sprawczą wszystkich trzech postaci można ją uszeregować w następującej kolejności: Superman, św. Mikołaj, świąteczny pancernik. Tak można sobie wyobrazić wyścig po koronę króla strzelców Bundesligi.

Świątecznym pancernikiem można określić Patricka Schicka. Grający w Bayerze Leverkusen Czech zupełnie nie pasuje do tego zestawienia, wcześniej się w nim nie pojawiał. Niemniej jednak potrafił zjednać sobie nie tylko dwóch pozostałych świątecznych wieszczów, ale z podziwem patrzą na niego również inni. W serialu byli to Monica Geller i syn Rossa – Ben. W rzeczywistości są to wszyscy kibice, przyglądający się z uznaniem kolejnym strzeleckim osiągnięciom czeskiego snajpera, który już dawno pobił swój rekord zdobytych bramek w jednym sezonie, wynoszący do tego sezonu 11 trafień. Obecnie ma ich już 16. 

Nie tylko ze względu na pochodzenie Erling Braut Haaland może przypominać św. Mikołaja. Podchodzący z Norwegii, która graniczy z Laponią – krainą świętego – napastnik swoje gole rozdaje jak prezenty dla kibiców Borussii Dortmund i reprezentacji, a jak rózgi dla bramkarzy kolejnych rywali. Z racji często łapanych kontuzji na jego powroty z utęsknieniem czekają wszyscy, a już teraz stał się najskuteczniejszym piłkarzem w historii BVB, strzelając 30 goli w jednym roku kalendarzowym. W tym sezonie Bundesligi zanotował już 13 trafień.

Ostatnią z postaci, która pojawiła się w serialu był Superman. I tym bez wątpienia w ostatnich latach jest Robert Lewandowski, którego jednym tchem można stawiać w równej linii z Cristiano Ronaldo i Leo Messim w gronie najlepszych piłkarzy świata. Kapitan reprezentacji Polski z 18 trafieniami jest liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi. Niemniej jednak większym wyczynem są bramki zdobywane przez niego przez cały rok kalendarzowy. Tych zanotował już 68, co w XXI wieku jest trzecim najlepszym wynikiem, lecz nadal niesatysfakcjonujące dla „Lewego”. By wskoczyć na drugie miejsce, detronizując Cristiano Ronaldo z 69 golami, potrzebuje dwóch trafień w meczu z VfL Wolfsburg, a kurs na to wynosi: 2.75. Jak Lewandowski wygląda jednak na tle innych najlepszych strzelców w danym roku kalendarzowym?

NAJLEPSI STRZELCY W HISTORII W JEDNYM ROKU KALENDARZOWYM

  1. Lionel Messi – FC Barcelona, 2012 rok – 91 bramek
  2. Gerd Müller – Bayern Monachium, 1972 rok – 85 bramek
  3. Joe Bambrick – Linfield, 1929 rok – 82 bramki
  4. Jimmy Jones – Glenavon, 1957 rok – 80 bramek
  5. Pele – Santos, 1958 rok – 75 bramek
  6. Joe Bambrick – Linfield, 1928 rok – 74 bramki
  7. Josef Bican – Slavia Praga, 1942 rok – 74 bramki
  8. Romario – Vasco da Gama, 2000 rok – 73 bramki
  9. Pele – Santos, 1965 rok – 72 bramki
  10. Zico – Flamengo, 1979 rok – 70 bramek
  11. Fernando Peroteo – Sporting, 1938 rok – 69 bramek
  12. Cristiano Ronaldo – Real Madryt, 2013 rok – 69 bramek
  13. Robert Lewandowski – Bayern Monachium, 2020 rok – 68 bramek*

Dzięki dwóm bramkom Lewandowski może wskoczyć do najlepszej dziesiątki wszechczasów, co również jest dodatkową motywacją. A jak prezentują się szanse na to, że cała świąteczna trójka, w ostatniej przedświątecznej kolejce Bundesligi trafi do siatki rywali. Łączny kurs na gole Schicka, Haalanda i Lewandowskiego wynosi 4.50.

Leeds United – Arsenal (18.12, 18:30)

Nadzwyczajny przyspieszony prezent swoim kibicom sprawili również Kanonierzy. Arsenal od dłuższego czasu może się podobać nie tylko za styl, jaki prezentuje, ile punktów zdobywa, ale również w jakim zestawieniu gra. Mikel Arteta zdecydował się postawić twardo na swoim i zbudować drużynę od podstaw, nie zważając na wiek zawodników. Dzięki temu Arsenal wystawia najmłodszą jedenastkę spośród wszystkich ekip Premier League. Średnia wieku wyjściowego składu Kanonierów wynosi 24,1 lat, czyli jest co najmniej o rok młodsza niż drugich klubów w tym zestawieniu – Brentford i Southampton – 25,2 lat. Oprócz tego Arteta nie boi się postawić na swoim i krnąbrnych zawodników, jak np. Pierre-Emerick Aubameyang, odstawić od składu, a nawet odebrać Gabończykowi opaskę kapitańską, tak by nie ucierpiało na tym dobro zespołu.

Mimo tak młodego składu Arsenal prezentuje się najlepiej od lat. Niemal na półmetku sezonu znajduje się na czwartym miejscu. Ostatni raz w TOP 4 Premier League Kanonierzy byli we wrześniu 2020 roku i to wyłącznie na początku sezonu, a nie w jego rozkwicie. Ostatni raz ekipa z Emirates Stadium finiszowała w lidze w czołowej czwórce w 2016 roku. Kurs na to, że uda się powtórzyć wynik sprzed pięciu lat wynosi 4.30.

Zanim jednak dojdzie do ostatecznych rozstrzygnięć ekipa Mikela Artety czeka przedświąteczna potyczka z Leeds United. Kurs na zwycięstwo Arsenalu w spotkaniu z Pawiami wynosi 2.11. Ten mecz może zdecydować, czy Kanonierzy na dobre złapią wiatr w żagle.

Levante – Valencia (20.12, 21:00)

Ten już od dawna nie dmie w żagiel w nadmorskiej Walencji. Choć port z tego miasta jest drugi co do wielkości w Hiszpanii i szósty w Europie, to do Levante żadne podmuchy dobrej nadziei nie docierają. Można posunąć się nawet do stwierdzenia, że w 2021 roku Żaby stały się celem dla wszystkich entuzjastów festiwalu La Tomatina, czyli święta obrzucania się pomidorami bardzo popularnego w Walencji. Z każdej ze stron Levante otrzymuje ciosy pomidorami, stając się na dobre pośmiewiskiem całej ligi hiszpańskiej.

Levante zanotowało w tym roku serię 25 spotkań bez wygranej w LaLiga. To nowy rekord rozgrywek, który sprawia, że Żaby zajmują ostatnie miejsce w lidze hiszpańskiej i są głównym faworytem do spadku. Kurs na to, że zostaną zdegradowane wynosi 1.48. Ostatnią wygraną drużyna z Walencji odniosła 10 kwietnia z Eibarem i jest to jedno z pięciu zwycięstw w obecnym roku. Nie zanosi się, by zmieniło się to w ostatniej przedświątecznej kolejce. W zasadzie jedyną nadzieją dla kibiców Levante jest fakt, że 20 grudnia ich drużyna zmierzy się w derbach z Valencią, a jak wiadomo derby żądzą się swoimi prawami. Kurs na to, że Żaby ograją Nietoperze wynosi 2.70, co ciekawe tyle samo wynosi kurs na triumf gości. 

ZAREJESTRUJ SIĘ W BETFAN!