Okno dwóch prędkości

Letnie okno transferowe powoli się zamyka. Przed nami jeszcze ostatnia prosta, tzw. Deadline Day, kiedy kluby rzucają na stół ostatnie karty. Ale już teraz widać, że jest to okno dwóch prędkości. Poważnie bawią się najwięksi, gdy reszta musi oszczędzać przez skutki pandemii COVID-19. Mimo strat poniesionych w ostatnim roku to był czas zmian historycznych i absolutnie ekscytujących.

Szalone okno transferowe

O melodramatycznej sadze związku Leo Messiego z Barceloną napisano już wszystko. Coś co wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Argentyńczyk opuścił Katalonię i wylądował w PSG, gdzie przyjęto go jak króla. Gdy wydawało się, że nic nie jest w stanie przebić tej historii, w pewnym sensie przyćmiły ją wydarzenia z ostatnich dni. Czy Cristiano Ronaldo pozazdrościł ikonie, z którą ściga się od ponad dekady o laur największego z największych w historii futbolu? Portugalczyk poczuł, że w Turynie jego gwiazda blednie więc sam też wykonał telefon do Jorge Mendesa i zdecydował się na zmianę – wrócił do Manchesteru United.

Dwaj najbadziej rozpoznawalni piłkarze świata w jednym momencie otwierają nowe rozdziały, które wydają się być ostatnimi w ich monstrualnych karierach. Przyznam, że znacznie bardziej grzeje mnie transfer CR7, a w tym przekonaniu utwierdziły mnie obrazki z debiutu Messiego w barwach nowego klubu. Choć napędzana katarskimi petrodolarami paryska błyskotka wzbudza ogólnoświatowy podziw i skojarzenia z koszykarskimi Dream Teamami (spodenki mają nawet jak z NBA), to coś mi mówi, że znów nie uda wygrać się jej upragnionej Ligi Mistrzów.

Pierwsze tygodnie Messiego we Francji to wielka fascynacja (słusznie) jego statusem – przewyższającym całą ligę – ale Argentyńczyk do tego anturażu mi zupełnie nie pasuje. Ligue 1 to jakby nie jego środowisko i choć to oczywiście jedynie moje przeczucie – wydaje mi się, że Messi po prostu w tym klimacie nie będzie czuł się dobrze. Wyrwany z domu na siłę będzie się tu długofalowo dusił. Jego występ w Reims, dawnym miejscu koronowania francuskich królów i światowej stolicy szampana, był w pewien sposób symboliczny. Nowy król przedstawił się narodowi, ale boisko było w tym wszystkim na drugim planie. Liczyła się sama obecność. Sam fakt, że można wreszcie zrobić setki zbliżeń kamery na Argentyńczyka, a po ostatnim gwizdku serię zdjęć z gwiazdą. Messi przyciągnął setki krajów chętnych, by pokazywać jego grę w będącej w drugim rzędzie Ligue 1, ale czy wcześniej niezainteresowany tymi rozgrywkami Wietnam zobaczy przełom i zwycięstwo PSG w Europie? Jestem daleki od wysyłania Pucharu Europy pod wieżę Eiffla.

Dziś sukces i moc tematu liczymy w wyświetleniach oraz lajkach w mediach społecznościowych. Powrót Cristiano Ronaldo na Old Trafford wywołał cztery razy więcej reakcji niż przeprowadzka Messiego na Parc des Princes. Mimo wszystko zaskoczenia. Czy jestem w gronie nabranych na sentymentalne nuty tej transakcji? Ronaldo będący ponownie w miejscu od którego zaczęła się jego droga na szczyt. Miejsca w którym wygrał pierwszą Ligę Mistrzów i Złotą Piłkę. To automatycznie musi bardziej przemawiać do kibica z mojego rocznika, który pamięta młodziutkiego Portugalczyka szczerzącego krzywe zęby po kolejnej kapitalnej akcji. Ta historia i sama liga ma dla mnie znacznie cięższy ładunek.

Ale jest między tymi transferami i działaniami PSG oraz Manchesteru United wiele wspólnych mianowników. Obie drużyny weszły na rynek z torbami wypchanymi dziesiątkami milionów euro, gdy większość Europy zaciska pasa. Poza Messim i Ronaldo w obu kierunkach powędrowali piłkarze kosztujący górę forsy i niech nikt nie mówi, że Francuzi nie wydali nic z portfela sprowadzając Gigiego Donnarrummę czy Sergio Ramosa, bo ich pensje i prowizje dla agentów mogą przytłoczyć. Po drugiej stronie mamy transfery Jadona Sancho czy Raphaela Varane’a – zawodników mogących robić różnicę.

Bawią się jedynie najwięksi

Pandemia COVID-19 dała się klubom we znaki podobnie jak przedsiębiorstwom w wielu innych branżach. Brak wpływów z dnia meczowego przy generowaniu gigantycznych kosztów utrzymania pracowników większość bolał tak mocno, że mogło to się skończyć katastrofą – patrz Barcelona, i w efekcie strata Leo Messiego.

Kluby zacisnęły pasa, co poza śmietanką towarzyską miało wielki wpływ na rynek transferowy. On był świetnym przykładem na przedstawieniu futbolu kilku prędkości. Gdy większość ograniczała się do wydawania niewielkich kwot, transakcji typu wypożyczenie z opcją wykupu, w Anglii palono forsą w piecu. Gdy kończę ten tekst Premier League wydała w letnim oknie 1,17 miliarda euro. Do środy wyda pewnie jeszcze kilkaset milionów. Serie A wydała mniej niż połowę tej kwoty, ale też znacznie więcej zarobiła na sprzedaży zawodników. Jej saldo świeci się na czerwono na poziomie 36 milionów. Premier League? 575!

Anglicy bawią się w swojej własnej kategorii wagowej. Transakcje United, przenosiny Jacka Grealisha do Manchesteru City czy Romelu Lukaku do Chelsea to tylko wierzchołek góry. Wyspy odgrodziły się nie tylko Kanałem La Manche, ale też możliwościami wydawania kasy. Pozostałe ligi z TOP 5 rok do roku zostawiły średnio połowę więcej kasy, a prawdziwym wyznacznikiem jest czas totalnie przed pandemią czyli sezon 2019/20, gdy nikt nie miał jeszcze pojęcia o zagrożeniu. Wtedy Premier League, La Liga, Serie A, Bundesliga i Ligue 1 wydały rekordowe 6,5 miliarda euro! Kosmos.

To okienko jest historyczne i imponujące. Być może przed nami jeszcze kilka mega-deali z Kylianem Mbappe pakującym walizki do Madrytu na czele. Ale naprawdę poważnie bawi się już tylko garstka. Angielscy krezusi stojący na mocnych fundamentach zbudowanych z praw TV czy kluby pojące się forsą z wydobycia ropy. To właśnie ich upatrujcie w przyszłorocznym finale LM. Ponowna Bitwa o Anglię wcale nie wydaje mi się niczym zaskakującym.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.